Poczuła, że ucisk jednego z nich zelżał. Rozejrzała się dookoła i kopnęła jednego z nich kolanem w brzuch, a drugiego popchnęła do otwartego pomieszczenia i rzuciła się do ucieczki. Krążyła między salami, słysząc jak ją nawołują.
Wbiegła do starej dyżurki lekarzy i zamknęła się od środka. Pomieszczenie było niewielkie i miało tylko dwie szafki, biurko i kanapę. Zaczesała włosy do tyłu i wyjrzała przez okno. Drugie piętro.
- Cholera... - szepnęła do siebie, ciągnąc się za włosy.
Jęknęła sfrustrowana i kiedy usłyszała ciche pukanie, zwróciła się w stronę drzwi. Chichot dwudziestoparolatka wywołał u niej nieprzyjemne dreszcze. Szczęk starej klamki odbijał się echem od cienkich ścian.
- Wiem, że tam jesteś - powiedział niskim głosem. Przeładował broń, co doskonale słyszała Sheila. Jak burza schowała się w ciasnej przestrzeni pomiędzy kanapą a szafką. Podkuliła nogi i zamknęła oczy, nerwowo gryząc materiał koszulki.
Stłumiła pisk, mocno zaciskając usta. Klamka spadła na ziemię razem z wystrzelonym wcześniej nabojem. Znów przeładował broń i wszedł do środka, rozglądając się dookoła.
- Spryciula - zaśmiał się, nigdzie jej nie widząc. - Radzę ci wyjść, a postaram się nie być... wymagający.
Louis wpadł zaraz za nim, usta mając zaciśnięte w wąską linię. Przeładował broń i wycelował prosto w nóżkę od szafki, która po chwili zachwiała się i upadła, odsłaniając postać wystraszonej Sheili.
- Nie mam ochoty bawić się w żadne gówna! - warknął, ciągnąc ją za włosy w górę.
Jej krzyk usłyszałby każdy w budynku. Zapłakała, kiedy rzucił ją na ziemię i przycisnął pistolet do skroni. Nie śmiała się nawet podnieść. Próbowała złapać normalny oddech, leżąc płasko na twardej i chłodnej podłodze.
- Proszę nie! - wyłkała.
- Zabiję cię jak, kurwa, psa! - wykrzyczał, mocniej przyciskając broń.
- Opanuj się, imbecylu! - odepchnął, łagodnie mówiąc, zdenerwowanego Louisa od Sheili. W tym momencie dziewiętnastolatka dziękowała mu za to, że to zrobił, jednak nie miała pewności, czy sam nie zechce jej zabić.
- Gówniara urządziła sobie jakieś podchody! Trzeba było ją zerżnąć, okraść i zostawić, a nie ją tutaj przywozić! - schował swoją broń za pasek spodni.
- On się dobrze nią zajmie.
Louis prychnął i wyszedł, szturchając ramieniem Hewitt, która ledwo co się podniosła i ponownie straciła równowagę, wpadając na ścianę. Liam westchnął sfrustrowany i rozejrzał się po pomieszczeniu. Zerwał starą firankę z karnisza i naciął ją nożem, po czym związał ręce Sheili za plecami jak więźniowi. Spuściła głowę i pozwoliła się prowadzić naprzód.
Do jej nozdrzy dotarł zapach tytoniu. Zakaszlała i spojrzała w górę. Louis stał, opierając się plecami o ścianę i jak gdyby nigdy nic trzymał pomiędzy ustami papierosa. Zmierzył ją pełnym nienawiści spojrzeniem i po chwili zdeptał peta butem. Złapał przedramię Sheili i poprowadzi na schody, gdzie zeszli jedno piętro w dół.
Pociągnęła nosem, kiedy poczuła ogarniający ją chłód. Wiatr szumiał w starych instalacjach, które skrzypiały i wydawały odgłosy, jakby w każdej chwili miały się zarwać. Poczucie bezpieczeństwa opuściło ją dosłownie wtedy, kiedy została sparaliżowana przez strach przed klubem nocnym.
- Nie mazgaj się - warknął Liam, posyłając jej gromiące spojrzenie.
- Nie mazgaję się, idioci - szarpnęła rękoma, lecz po chwili tego pożałowała tak samo jak wypowiedzianych słów. Kliknięcie pistoletu i chłód metalu przy skroni. Zacisnęła mocno oczy, a wargi zagryzła. Łza spłynęła jej po policzku i cicho pisnęła, kiedy Louis szarpnął ją za podbródek i popatrzył prosto w oczy. Czuła się onieśmielona i przerażona, więc spuściła swój wzrok.
- Jeżeli chcesz jeszcze być w stanie oddychać, zamknij swoją jadaczkę, jasne? - tylko delikatnie potaknęła głową i podniosła się z ziemi.
Gromkie śmiechy, których dźwięk dotarł do uszu Sheili, spowodowały, że poczuła się jak wmurowana w ziemię. Kątem oka spojrzała na dwójkę mężczyzn, których twarze nie ukazywały żadnych emocji.
Liam pchnął wielkie drzwi, które przeraźliwie zaskrzypiały. Poczuła nieprzyjemne ciarki, przechodzące przez cały kręgosłup. Dwudziestodwulatek pchnął porwaną dziewczynę do środka i zaprowadził do salki, znajdującej się na końcu korytarza.
Wpadła do środka zwrócona plecami do innych. Louis wyjął scyzoryk z kieszeni kurtki, a Sheila stała jakby tracąc grunt pod nogami. Zachwiała się, lecz jego stanowczy uścisk jej na to nie pozwolił. Jednym ruchem rozciął firankę, którą miała związane ręce i rzucił zniszczony materiał w kąt.
- A ona tu czego? - zapytał Niall, opierając się plecami o zniszczoną ścianę.
- Przeszkodziła nam w załatwianiu interesów. - oznajmił Liam, wyrywając jednemu ze swoich przyjaciół papierosa spomiędzy palców, który był nawet niezapalony.
- Skądś cię znam - powiedział blondas, mrużąc oczy i przyglądając się speszonej Sheili, która wciąż stała przy Louisie.
- A to nie ta mała gówniara, co wleciała Stanowi pod koła? - Styles wydmuchał z ust gęsty kłębek szarawego dymu i przyjrzał się dziewczynie.
Jak na zawołanie do pomieszczenia wszedł Anderson. Rozejrzał się po wszystkich i uśmiechnął się z lekka złośliwie. Odpalił szluga i dopiero po kilku minutach uporczywej ciszy dostrzegł stojącą w kącie drobną postać. Podszedł bliżej, a ona automatycznie zaczęła się cofać, mimo że wpadła na ścianę.
W końcu dotarło do niego, kim jest ów osóbka. Sheila Hewitt. Uśmiechnął się szeroko, a mimo wszystko nastolatka czuła, jak miękną jej kolana. Jego uśmiech był wręcz idealny. Kąciki wąskich ust uniosły się do góry, a Stanley odsłonił swoje równiutkie, białe zęby. Oblizał spierzchnięte wargi językiem, robiąc to bardzo powoli i subtelnie. Brunetka o mało co nie padła przed nim na kolana.
- Co ona tu robi? - warknął, a uśmiech momentalnie znikł. Nadzieja na wyjście, która pojawiła się przez chwilę, w jej mniemaniu, zniknęła. O ile w ogóle się tam pojawiła.
- Stwierdziliśmy, że zajmiesz się nią, ponieważ wtyka nos nie tam, gdzie nie trzeba. Prawda? - spojrzał na nią Louis wręcz palącym wzrokiem, przez który zarumieniła się.
- Dobrze zrobiliście - uśmiechnął się złowieszczo i odgarnął jej kosmyk włosów za ucho. - Bardzo dobrze.
Umięśnione ramię Stanleya ocierało się o jej bardziej wątłą rękę. Górował nad nią wzrostem, więc gdy chciała spojrzeć na jego twarz, musiała zadrzeć głowę do góry.
Wyjął pęk kluczy i ten, który miał namalowaną zieloną kropkę i włożył go do zamka. Przekręcił go i otworzył pomieszczenie, czekając aż Sheila wejdzie jako pierwsza. Przełknęła ślinę, widząc, że pomieszczenie skąpane jest w egipskich ciemnościach.
- Zapraszam - uśmiechnął się nadzwyczaj przyjaźnie.
Głowa wciąż bolała ją od tego, jak Louis szarpnął ją za włosy. Nie chcąc przeżywać kolejnych katuszy, podreptała do środka i usiadła w jednym z kątów, blisko drzwi.
Stanley zabrał ją do byłej izolatki. Pomieszczenie wyłożone było miękkimi materacami, a w środku nie było nawet świeczki czy małej lampki. Wiedział, że dziewczyna nie będzie w stanie uciec, a strach wciąż będzie powodował, że zgodzi się na wszystko, byleby ją wypuścił. Tak przynajmniej sądził.
Usiadł przy równoległej ścianie i wyciągnął telefon, odblokowując go i zaświecił nim prosto na Sheilę. Zeskanował jej twarz, zauważając, że jej oczy lśnią od łez. Pełne wargi były lekko opuchnięte, a zgrabny nos ubrudził się za pewnie od kurzu. Widział, jak się peszy. Próbowała odnaleźć jego spojrzenie, jednak nie było to takie łatwe.
- Wiesz, Sheila - wypowiedział jej imię bardzo niskim i zmysłowy głosem. - Zaproponowałaś ugodowe rozwiązanie tej sytuacji...
- Ja n...naprawdę... - zająknęła się.
- Nie przerywaj mi - jego głos przybrał bardziej surowy ton. - A ty po prostu uciekłaś.
W pewnym sensie była pod wrażeniem jego głosu, gdyż z bardzo groźnego sposobu mówienia potrafił przemówić do niej jak do małego dziecka.
- Wydałem sporo kasy, żeby go naprawić.
- Ja nie chciałam! - wymsknęło jej się głośniej niż powinna.
- Wciąż wisisz mi przysługę - oblizał usta, widząc jak dygocze ze strachu.
- Więc? - szepnęła.
- Umów się ze mną - usiadł obok niej, podkurczając nogi.
Jej oddech przyspieszył. Spojrzała na niego kątem oka, widząc jak bawi się wargą, zagryzając ją.
Ten mężczyzna miał w sobie coś, że mimo swojego odrzucającego charakteru, zaczął przyciągać ją do siebie jak magnes. Sheila nigdy nie uważała siebie za osobę, która patrzy tylko na wygląd zewnętrzny i tyczyło się to nawet Stanleya, który był nieziemsko przystojny.
- Chcę spłacić dług - powiedziała odważnie.
Stanley pochylił się nad jej uchem i głęboko westchnął, a dreszcze przebiegły po całym jej ciele. Podobało mu się to, w jaki sposób reaguje na niego jej ciało.
- Dzisiaj wieczór. Restauracja "Nad niebem". Punktualnie o ósmej będę czekał przed wejściem. Mam nadzieję, że mnie nie wystawisz.
- Nie mazgaj się - warknął Liam, posyłając jej gromiące spojrzenie.
- Nie mazgaję się, idioci - szarpnęła rękoma, lecz po chwili tego pożałowała tak samo jak wypowiedzianych słów. Kliknięcie pistoletu i chłód metalu przy skroni. Zacisnęła mocno oczy, a wargi zagryzła. Łza spłynęła jej po policzku i cicho pisnęła, kiedy Louis szarpnął ją za podbródek i popatrzył prosto w oczy. Czuła się onieśmielona i przerażona, więc spuściła swój wzrok.
- Jeżeli chcesz jeszcze być w stanie oddychać, zamknij swoją jadaczkę, jasne? - tylko delikatnie potaknęła głową i podniosła się z ziemi.
Gromkie śmiechy, których dźwięk dotarł do uszu Sheili, spowodowały, że poczuła się jak wmurowana w ziemię. Kątem oka spojrzała na dwójkę mężczyzn, których twarze nie ukazywały żadnych emocji.
Liam pchnął wielkie drzwi, które przeraźliwie zaskrzypiały. Poczuła nieprzyjemne ciarki, przechodzące przez cały kręgosłup. Dwudziestodwulatek pchnął porwaną dziewczynę do środka i zaprowadził do salki, znajdującej się na końcu korytarza.
Wpadła do środka zwrócona plecami do innych. Louis wyjął scyzoryk z kieszeni kurtki, a Sheila stała jakby tracąc grunt pod nogami. Zachwiała się, lecz jego stanowczy uścisk jej na to nie pozwolił. Jednym ruchem rozciął firankę, którą miała związane ręce i rzucił zniszczony materiał w kąt.
- A ona tu czego? - zapytał Niall, opierając się plecami o zniszczoną ścianę.
- Przeszkodziła nam w załatwianiu interesów. - oznajmił Liam, wyrywając jednemu ze swoich przyjaciół papierosa spomiędzy palców, który był nawet niezapalony.
- Skądś cię znam - powiedział blondas, mrużąc oczy i przyglądając się speszonej Sheili, która wciąż stała przy Louisie.
- A to nie ta mała gówniara, co wleciała Stanowi pod koła? - Styles wydmuchał z ust gęsty kłębek szarawego dymu i przyjrzał się dziewczynie.
Jak na zawołanie do pomieszczenia wszedł Anderson. Rozejrzał się po wszystkich i uśmiechnął się z lekka złośliwie. Odpalił szluga i dopiero po kilku minutach uporczywej ciszy dostrzegł stojącą w kącie drobną postać. Podszedł bliżej, a ona automatycznie zaczęła się cofać, mimo że wpadła na ścianę.
W końcu dotarło do niego, kim jest ów osóbka. Sheila Hewitt. Uśmiechnął się szeroko, a mimo wszystko nastolatka czuła, jak miękną jej kolana. Jego uśmiech był wręcz idealny. Kąciki wąskich ust uniosły się do góry, a Stanley odsłonił swoje równiutkie, białe zęby. Oblizał spierzchnięte wargi językiem, robiąc to bardzo powoli i subtelnie. Brunetka o mało co nie padła przed nim na kolana.- Co ona tu robi? - warknął, a uśmiech momentalnie znikł. Nadzieja na wyjście, która pojawiła się przez chwilę, w jej mniemaniu, zniknęła. O ile w ogóle się tam pojawiła.
- Stwierdziliśmy, że zajmiesz się nią, ponieważ wtyka nos nie tam, gdzie nie trzeba. Prawda? - spojrzał na nią Louis wręcz palącym wzrokiem, przez który zarumieniła się.
- Dobrze zrobiliście - uśmiechnął się złowieszczo i odgarnął jej kosmyk włosów za ucho. - Bardzo dobrze.
Umięśnione ramię Stanleya ocierało się o jej bardziej wątłą rękę. Górował nad nią wzrostem, więc gdy chciała spojrzeć na jego twarz, musiała zadrzeć głowę do góry.
Wyjął pęk kluczy i ten, który miał namalowaną zieloną kropkę i włożył go do zamka. Przekręcił go i otworzył pomieszczenie, czekając aż Sheila wejdzie jako pierwsza. Przełknęła ślinę, widząc, że pomieszczenie skąpane jest w egipskich ciemnościach.
- Zapraszam - uśmiechnął się nadzwyczaj przyjaźnie.
Głowa wciąż bolała ją od tego, jak Louis szarpnął ją za włosy. Nie chcąc przeżywać kolejnych katuszy, podreptała do środka i usiadła w jednym z kątów, blisko drzwi.
Stanley zabrał ją do byłej izolatki. Pomieszczenie wyłożone było miękkimi materacami, a w środku nie było nawet świeczki czy małej lampki. Wiedział, że dziewczyna nie będzie w stanie uciec, a strach wciąż będzie powodował, że zgodzi się na wszystko, byleby ją wypuścił. Tak przynajmniej sądził.
Usiadł przy równoległej ścianie i wyciągnął telefon, odblokowując go i zaświecił nim prosto na Sheilę. Zeskanował jej twarz, zauważając, że jej oczy lśnią od łez. Pełne wargi były lekko opuchnięte, a zgrabny nos ubrudził się za pewnie od kurzu. Widział, jak się peszy. Próbowała odnaleźć jego spojrzenie, jednak nie było to takie łatwe.
- Wiesz, Sheila - wypowiedział jej imię bardzo niskim i zmysłowy głosem. - Zaproponowałaś ugodowe rozwiązanie tej sytuacji...
- Ja n...naprawdę... - zająknęła się.
- Nie przerywaj mi - jego głos przybrał bardziej surowy ton. - A ty po prostu uciekłaś.
W pewnym sensie była pod wrażeniem jego głosu, gdyż z bardzo groźnego sposobu mówienia potrafił przemówić do niej jak do małego dziecka.
- Wydałem sporo kasy, żeby go naprawić.
- Ja nie chciałam! - wymsknęło jej się głośniej niż powinna.
- Wciąż wisisz mi przysługę - oblizał usta, widząc jak dygocze ze strachu.
- Więc? - szepnęła.
- Umów się ze mną - usiadł obok niej, podkurczając nogi.
Jej oddech przyspieszył. Spojrzała na niego kątem oka, widząc jak bawi się wargą, zagryzając ją.
Ten mężczyzna miał w sobie coś, że mimo swojego odrzucającego charakteru, zaczął przyciągać ją do siebie jak magnes. Sheila nigdy nie uważała siebie za osobę, która patrzy tylko na wygląd zewnętrzny i tyczyło się to nawet Stanleya, który był nieziemsko przystojny.
- Chcę spłacić dług - powiedziała odważnie.
Stanley pochylił się nad jej uchem i głęboko westchnął, a dreszcze przebiegły po całym jej ciele. Podobało mu się to, w jaki sposób reaguje na niego jej ciało.
- Dzisiaj wieczór. Restauracja "Nad niebem". Punktualnie o ósmej będę czekał przed wejściem. Mam nadzieję, że mnie nie wystawisz.
***
Oshawott(Karola): No to ujawniamy brutalniejszą stronę Louisa :3 Komentuuuujcie no :c motywujecie nas tym.


flowersareourbeginning.blogspot.com
OdpowiedzUsuńBoze, kocham. Piszesz juz tak czesto mimo to ja wciaz chce zebys pisala jeszcze czesciej. Ale jestem zalamana ze Stan nie zrobil tam rozroby za to ze chlopacy jej prawde mowiwac, zrobili krzywde. Soyeon xx
Świetny! *-*
OdpowiedzUsuńUwielbiam to opowiadanie! Jest takie... sama nie wiem jakiego słowa tu użyć. Dziwi mnie tylko to, że mało ludzi czyta to opowiadanie, ale na pewno jeszcze przybędzie czytelników :) Co do rozdziału, to zastanawiałam się co Liam i Louis zrobią z Sheilą, nie miałam pojęcie, że znają się ze Stanem, a tu taka niespodzianka :D Postać Stana jest niesamowicie ciekawa, nie da się ukryć, że jest skurwielem, ale ma też słaby punkt, którym jak mi się wydaje jest Sheila i szczerze mówiąc wydaje mi się, że chłopak przez brunetkę zmieni się co nieco. Ciekawi mnie jak będzie wyglądało ich spotkanie i co wydarzy się potem. Na początku opowiadania chciałam aby to Zayn zainteresował się Sheilą, a nie Cassie, ale teraz sama już nie wiem. I Zayn i Stan są niesamowicie przystojnymi i ciekawymi postaciami, więc jeśli byłabym na waszym miejscu, nie wiedziałabym kogo wybrać :P Chyba powinnam skończyć ten komentarz bo rozkminiam już za bardzo xd Nie, to jednak jeszcze nie koniec :P Na początku miałam takie przeczucie, że to Niallowi spodoba się Sheila, a nie Stanowi, ale jednak się myliłam. Bynajmniej, piszecie cudownie, co na pewno wiecie, nie poddawajcie się, przez to, że jest mało komentarzy :) Wiem, że komentarze bardzo motywują, ale ludzie są leniwi i po prostu przeczytają i mimo, że bardzo im się podoba nie zostawią nawet krótkiego komentarza. Nie zostaje mi nic jak życzyć Wam weny i czekać na nowy rozdział, który mam nadzieję, pojawi się tak jak wcześniejsze po tygodniu, pozdrawiam Di.x
OdpowiedzUsuńOjejeku dziękujemy za tak długi i cudowny komentarz <3
UsuńNawet nie wiesz ile to dla nas znaczy!
Sheila to słaba uciekinierka. Nie ma co.
OdpowiedzUsuńNie mam oka dzisiaj jakoś na wyszukiwanie błędów. Ale gdzieś tam została zjedzona końcówka. Jak ja tego nie lubię! Zuza dobrze o tym wie, prawda? :D
Ogólnie to kocham ten fragment:
" a ona automatycznie zaczęła się cofać, mimo że wpadła na ścianę."
Chcę być jak Sheila i umieć cofać się na ścianie ♥
Ogólnie LouisLouisLouisLouisLouisLouisLouisLouisLouisLouisLouisLouis tak Big Love ode mnie ♥
Stanley Best Podrywacz Ever XD Przytaszcze dziewczynę do szpitala psychiatrycznego, zamknę w izolatce, wszystko byle by się ze mną umówiła. Trochę desperat.
Mam nadzieję, że nie będzie znowu motywu bed boj zamienia się w aniołka. Wolałabym jakby Stan ją zabił, bo stwierdził, że staję się przez nią mazgajem XD. Byłoby coś nowego w końcu.
Dobra tam.
<3
OdpowiedzUsuńJak napisał Lustiel - też chciałbym się cofać na ścianie xD a poza tym - "jak gdyby nigdy nic trzymał pomiędzy ustami papierosa" - usta są jedne, mógł trzymać papierosa W ustach XD Trochę mnie zdziwiło to, że Stanley umawia się z Sheilą, zamknąwszy ją w izolatce xD Fajnie się czyta, tylko trochę zbyt mało opisów tego szpitala, nie oddałyście jego... upiorności? jeśli takie słowo istnieje xD Ale wiecie o co chodzi. Czekam na 8 :D
OdpowiedzUsuń