czwartek, 6 lutego 2014

Rozdział 1: Nie widziałaś, że miałem mały wypadek?

     Zacisnęła swoje szczupłe palce na tacce i wlepiła wzrok w tłum uczniów, próbując odnaleźć swoją koleżankę. Westchnęła i zeszła z trzech stopni, po czym ruszyła naprzód, wymijając kolejne okrągłe stoliki. Położyła plastikową tacę na gładkiej powierzchni stołu i zdjęła ze swoje ramienia czarną torbę, którą położyła obok siebie na ławce. Odgarnęła włosy za ucho i włożyła słomkę do papierowego kubka. Upiła kilka łyków słodkiej coli i wzięła do rąk widelec, którym zaczęła jeść sałatkę.
     Podskoczyła, kiedy Elizabeth usiadła naprzeciwko niej, rzucając swój plecak na stolik i wyjęła kanapki. Ugryzła ją dwa razy i podkradła kilka łyków napoju Sheili. Szatynka spojrzała na nią spod przymrużonych oczu. Odsunęła swoje picie od niej i przełknęła ostatni kęs. 
     - Gdzie byłaś? - spytała cicho. 
     - Rozmawiałam z Chrisem. Zaprosił mnie na domówkę! - pisnęła uradowana.
     - Super - mruknęła pod nosem i przytknęła słomkę do ust.
     Sheila nie była zwolenniczką domówek. Jeżeli chciała się bawić, uważała, że o wiele lepiej iść do klubu i poznawać nowych ludzi, niż mieć spotkanie z przedstawicielami prawa za zakłócanie ciszy nocnej. 
     Spojrzała na bok i momentalnie ją cofnęła, kiedy jak spod ziemi wyrósł przed nią Eric. Poprawił swoje okulary na nosie i usiadł tuż obok niej. Westchnęła głośno, w głowie powtarzając sobie, by zniknął. Kątem oka spojrzała na niego i skrzywiła się, kiedy napił się jej coli. 
     - Wiecie, że w szkole będzie jakiś nowy uczeń? - powiedział, nie kryjąc swojej ekscytacji.
     - I co z tego? - zapytała wyraźnie zirytowana Elizabeth. 
     - Podobno niezłe z niego ziółko. 
     - Eric, twoi przyjaciele cię wołają - powiedziała z przesadnym uśmiechem Sheila - Siedzą pod drzewem.
     Chłopak jak poparzony odbiegł, a obie dziewczyny przybiły sobie tak zwaną piątkę. Szatynka wyrzuciła wszystkie śmieci do pobliskiego kosza i razem z koleżanką udała się w stronę wejścia szkoły, by udać się pod odpowiednią klasę i nie spóźnić się na lekcję historii. 

     Dzwonek był dla każdego wybawieniem. Uczniowie wybiegli z klas i rzucili się do wyjścia jak wygłodniałe lwice na antylopy czy inne zwierzęta. Sheila wyszła jako ostatnia, pakując ślamazarnie swoje książki do torby. Pożegnała się z nauczycielem i wyszła z pomieszczenia, zamykając za sobą cicho drzwi. Wyminęła kilkoro nastolatków, którzy uważnie jej się przyglądali. Mocniej opatuliła się swoją skórzaną kurtką i nałożyła na głowę czarną beanie. Pchnęła szklane drzwi i potknęła się o własne nogi, spadając ze schodów. Przeklęła pod nosem, po czym pozbierała swoje podręczniki i otrzepała spodnie z kurzu.
     Londyn przechodził godziny szczytu. Ludzie spieszyli się do pracy, co w skutkach niosło ogromne korki. Niektóre ulice były bardzo ruchliwe i słychać było trąbienie samochodów zapewne przez przebiegających przez jezdnię ludzi.
     Sheila popatrzyła na skrzyżowanie kilku ulic i włączyła sygnalizację świetlną. Oparła się o słup i wlepiła wzrok w urządzenie, które w ciągu kilku sekund powinno zmienić barwę z czerwieni na zieleń.
     Zagapiła się i ludzie zaczęli przechodzić, a światło pozostało czerwone. Nie zamierzała czekać kolejnych kilku minut, by móc przejść, więc odwróciła się na pięcie i ruszyła w przeciwnym kierunku. 
     Rozważała opcję przejechania kilku stacji metrem, jednak kiedy widziała tłumy momentalnie się jej odechciewało. Westchnęła niepocieszona i spojrzała z ukosa na mężczyznę, który biegł z aktówką i potrącił ją ramieniem. Zirytowana kopnęła kamień, który z echem odbił się od drzwi budki telefonicznej. 
     Nie rozglądając się weszła na jezdnię i pomyślała o przejechaniu się autobusem. Popatrzyła na przystanek, który znajdował się kilkaset metrów dalej. Zaczęła szukać telefonu po kieszeniach i słysząc trąbienie, podniosła głowę. Sportowy samochód wręcz pędził w jej stronę. Wmurowało ją, a torba spadła na ziemię. Mężczyzna, który siedział za kierownicą mocno wcisnął hamulec i wykręcił, chcąc ją ominąć. Niestety stuknął w nią maską, przez co upadła, turlając się kilka metrów dalej. Strach i adrenalina spowodowały, że nie odczuła żadnego bólu. Podniosła się do siadu i zauważyła zdenerwowanego dwudziestoparolatka, który ruszył w jej stronę. 
     Jego krzyk w jej głowie odbijał się echem. Potrząsnęła swoją makówką i podniosła na niego wzrok. Czerwony ze złości kucnął i szarpnął za jej podbródek, ścierając kciukiem krew, ściekającą z kącika jej ust.
     - Boli cię coś? - zapytał, a ona wpatrywała się w jego oczy błyszczące od słońca, które wyjątkowo zawitało w mieście - Słyszysz mnie? 
     - Nie boli - wychrypiała.
     - Nie chciałbym, żebyś nagle pozwała mnie o spowodowanie wypadku - uniósł brew i wyjął z kieszeni kurtki chusteczkę higieniczną.
     - Dziękuję - odebrała od niego kawałek papieru i przyłożyła do piekącego miejsca na twarzy.
     Rozejrzała się dookoła i poczuła mrowienie w nogach, kiedy z oddali zobaczyła blond włosy i przenikliwe spojrzenie dziewiętnastoletniej Cassie Evans. Dziewczyna skrzyżowała swoje ręce na wysokości piersi, a Sheila potraktowała to, jakby miała odsunąć się od tego mężczyzny. Odepchnęła go od siebie i z trudem się podniosła. Pokuśtykała po swoją torbę i włożyła do niej książki oraz inne rzeczy, które wypadły ze środka. 
     - Uważaj na siebie, bo źle to może się skończyć! - zawołał, wsiadając do auta.
     - Jasne - odmruknęła i potruchtała na chodnik.

      Stanley obrócił się na pięcie. Ujrzawszy swoją przyjaciółkę, ruszył w stronę samochodu.Gdy już wstał, zamiast zapiąć normalnie pas, ten głęboko westchnął. Zerknął na lusterko. W tyle nadal widział Cas, więc przekręcił kluczyk w stacyjce i zawrócił samochodem. Chwilę później już mógł zatrzymać się obok nastolatki.
     - Ile można na ciebie czekać? - Młoda Evans zaraz po tym, jak wsiadła, skrzyżowała ręce.
     - Nie widziałaś, że miałem mały wypadek? - Anderson nacisnął pedał gazu.
     - Widziałam - odpowiedziała oschle.
     Chłopak włączył radio i do końca drogi, którą tak na marginesie Stanley znał na pamięć, nie rozmawiali ze sobą.

     - Stanley nie wszedł? - Zapytał blondyn.
     - Nie sądzę, żeby po wczorajszej akcji chciał się z tobą widzieć.
    Horan potrzebował chwili, by zastanowić się, co działo się ubiegłego dnia. Po kilkuminutowym namyśle przypomniał sobie całą sytuację. Jednakże jego zdaniem mała sprzeczka o to, kto ma kierować samochodem, gdy będą wracać z imprezy, nie miała sensu.
     - Też mi akcja - prychnął.
     Cassie krzątała się po kuchni, a w swoich planach miała zrobienie herbaty i ewentualnie jakichś kanapek. Gdy już spełniła swoje cele, ruszyła do salonu, gdzie siedział jej przyrodni brat.
    - Georgii i Jima jeszcze nie ma? - Zapytała stawiając talerz oraz kubek z gorącą cieczą na stole.
    - Najprawdopodobniej nie będzie ich do końca tygodnia.
    Cassie westchnęła. Wiedziała, że od teraz jej matki oraz ojczyma często nie będzie. Ponieważ pan Horan był rozchwytywanym prawnikiem, to przez prawie dwadzieścia lat pracy, zdążył się co nieco dorobić. Nie można pominąć również faktu, iż Jim Horan dostał dość duży spadek po bogatej prababce. Po śmierci żony poznał Georgie Evans. Obiecał jej, że razem zobaczą cały świat. Tak też postanowił spełnić marzenia. Oczywiście miało się to wszystko odbyć bez ich dzieci.
     Niegdyś Georgia spędzała każdą wolną chwilę z córką, gdyż uważała, że adoptowane dziecko potrzebuje więcej uwagi niż inne. Mimo tego, iż Cassie nie była tym zachwycona, a jednak, gdy poszła w odstawkę, zasmuciło ją to.
     Wszystko zaczęło się wtedy, gdy starszą Evans rzucił kolejny pod rząd facet. Była załamana. Miała już ponad trzydzieści lat, a każdy związek kończył się klęską. Zamartwiał ją fakt, że nigdy nie zbuduje normalnej rodziny. Ostatecznie postanowiła zaadoptować niemowlaka. Oczywiście w sierocińcu znalazła małą Cassie. Miała co do niej wielkie plany. Obiecywała sobie, że zadba, żeby ta jak najlepiej się czuła, a przy okazji stała się w przyszłości kimś...
Niestety Georgia nie przewidziała całej historii. Otóż sprawy zmieniły bieg. Wraz z pojawieniem się Jima, pojawił się Niall. Był to chłopak, który wbrew pozorom nie był taki grzeczny. Oczywiście, że parę cieszył fakt, iż ich dzieci się dogadują, ale nie wiedzieli, że w złym kontekście. Jeszcze wtedy nastolatek, wkręcił przyrodnią siostrę w towarzystwo, które było raczej uznawane za grupę wandali, pijaków, niewychowanej młodzieży i inne takie. Jak kto wolał, tak nazywał.
     - To dobrze - odezwała się blondynka.
     - Myślisz o tym samym, co ja? - Zapytał chłopak.
     - Chyba tak.

______________________________
Echo(Zuza): Nie wiem co pisać. Pierwszy rozdział wydaję się mi w miarę i mam nadzieję, że napiszecie w komentarzu swoje wszelkie przemyślenia. Pierwszy raz współpracuję publicznie z kimś i to jest pewnego rodzaju doświadczenie. Karola jest ugodowa, więc sobie poradzimy :D Ode mnie to tyle. Czekam na wasze komentarze oraz zapraszam do zakładki z naszymi opowiadaniami :)
Oshawott(Karola): Ja ugodowa? Wtf? XD No ale cóż. W końcu się doczekałam pisania z Zuzu. :3 Ja chyba nie mam nic do dodania, bo panna Echo mnie wyprzedziła ;_; 

czytasz = komentujesz

6 komentarzy:

  1. Moim zdaniem jest to jeden z słabszych twoich rozdziałów. Przeanalizuje teraz moje przemyślenia.
    Czytam początek. A okej Sheila jest w stołówce (wnioskuję po tacce i okrągłych stolikach). Czytam dalej, a tu drzewo! Ja skołowana. Skąd drzewo w stołówce. To myślę, dobra to pewnie są gdzieś na dworze okej.
    Brakuje opisów, ja osobiście uważam, że są one prawie najważniejsze. A tak tutaj muszę się wszystkiego domyślać, a jak okazuję się być inaczej to się gubię (i najczęściej muszę przeczytać jeszcze raz).
    Potem było w miarę.
    Następną stacją jest wypadek! Sheila odleciała na kilka metrów, ale myśli trzeźwo, nie panikuje i nic jej nie jest. Okej szok może to wytłumaczyć, nawet to napisałaś, więc jest plus. Ale potem sytuacja z blondynką, która "grozi" skrzyżowanymi rękoma, jest po prostu cudowna! Niby okej, ale mi jednak brakuje jakiegoś opisania, że Sheila jej się boi czy krótkie przedstawienie dlaczego tak, a nie inaczej.
    Moje zdanie o " - Stanley nie wchodził? - Zapytał blondyn." już znasz, więc przejdźmy dalej. Na początku byłam lekko zdezorientowana kto jest kim, co i jak. Ale potem już wyjaśniłaś, że Niall jest przyrodnim bratem, adoptowanej Cassie i w ogóle jak wygląda sytuacja w ich rodzinie. Dla mnie trochę pogmatwane, ale zrozumieć zrozumiesz. Bo w końcu... ja bym nie zrozumiała?
    To teraz pozostaje mi czekać na kolejny rozdział. I mam nadzieję Zuza, że zwrócisz większą uwagę na opisy <3
    Kochająca Lus ♥

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chciałabym nadmienić, że pisałyśmy go razem kotek :P
      Zaraz poprawię to zdanie z tym Stanleyem xD
      Cóż... Następnym razem postaramy się o więcej opisów. Po prostu chciałyśmy, żeby to się wyjaśniło w kolejnych rozdziałach :p

      Usuń
    2. + Cassie nie groziła Stanowi, tylko to miało być coś w stylu naburmuszenia :D

      Usuń
  2. Chciałabym się rozpisać jak Mania, ale jestem zbyt zmęczona i tego...
    No i nie wiem czy to przez zmęczenie, czy to poprawiłyście, czy ja po prostu nie zwracam uwagi, ale nie zaczaiłam nawet, że tam jest jakaś "teleportacja". A skoro Niall może się teleportować, to dlaczego Sheila niby nie? xd
    No i w każdym razie rozdział jest raczej spokojny (mimo tego wypadku), ale no wiadomo - trzeba przedstawić jako-tako sytuacje, bo nie będą od razu z nożami biegać, czy coś XD
    No i chyba nie muszę mówić, że chcę już kolejny, bo KURCZĘ! Uwielbiam Wasz styl pisania osobno, a co dopiero razem!
    No to weny życzę! xx

    OdpowiedzUsuń
  3. Czyli
    dalej będzie złe towarzystwo itp..? jdshesdfrtre, jestem na TAK! :)
    -@luuuvmyswaggy
    A mi się rozdział bardzo podoba :) Tylko muszę przestawić się na pisanie
    w 3 os, bo większość ff jakie czytam jest pisane w 1 osobie :) Ale to
    raczej nie problem :))

    OdpowiedzUsuń
  4. Przeczytałem kolejny rozdział, yaay. Do jakich wniosków dochodzę? Wasz styl, to znaczy każdej z osobna, różni się. Jedna z was popełnia również więcej błędów językowych, które mi utrudniły znacznie odbiór tekstu. Zgodzę się z Manią, mało opisów, zbyt dużo zostawiłyście czytelnikom do domyślenia się. Błędów ortograficznych nie ma, wiadomo, autokorekta itp. Treść - trudna XD W jednej części utrudniony odbiór przez tryb pisania, w drugiej części przez mnogość imion. Ogólnie jest ok, czytam dalej :D

    OdpowiedzUsuń